Wielki Głód Katowice i okolice

Wpisy

  • sobota, 22 listopada 2014
    • M, A, K i nowa zastawa

      Oh, jak my lubimy wszelkie nowości! Zwiedzać, testować, próbować a przede wszystkim kosztować! Wykorzystamy każdą okazję, każdy moment, każdą chwilę, nawet tą wykradzioną godzinom pracy. A może szczególnie taką.. ;)

      Zdecydowanie musimy przyznać, że smaczny posiłek w przerwie obiadowej, choć nieludzko krótkiej,  dodaje sił do przetrwania kolejnych godzin do końca szychty.

      Cieszymy się zawsze ogromnie, gdy tylko nowy, gotowy do eksploracji lokal, jest na tyle blisko, by przerwy starczyło na takąż wyprawę.

      Tytułowa nowa zastawa powitała nas w nowo otwartym barze mlecznym "Talerz i szklanka”.  Jasne,  przestronne, utrzymane w białej tonacji miejsce, zaprasza swoją prostotą do skupienia się na szybkim skonsumowaniu równie szybko zaserwowanego dania.

      Miałyśmy wyjątkowo mało czasu w to deszczowe wczesne popołudnie. Przywiane silnymi podmuchami wietrznej i wilgotnej pogody pognałyśmy do lady. Szybka decyzja: zupa ogórkowa za 4 złote. Pyszna, ciepła, z nieprzegotowanym ryżem, i bez dodatku dziwnych zdrewniałych kawałów niewiadomego pochodzenia mięsa, które często tego typu lokale ładują delikwentowi chochlami, a które z tego powodu dla większości ludzi stają się niejadalne.

      Miejsce wydało nam się okupowane przez studentów, choć dostrzegłyśmy również seniorów, jednak przystępne ceny i dobre jedzenie sprawiają , że polecamy je wszystkim z okolicy (lub przejeżdżającym przez centrum Katowic, bo bar znajduje się w rynku obok Teatru Śląskiego), którzy akurat mają obiadową zagwozdkę i marzą o przystępnym rozwiązaniu tego problemu :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „M, A, K i nowa zastawa”
      Tagi:
      Autor(ka):
      wielkiglodkato
      Czas publikacji:
      sobota, 22 listopada 2014 20:26
  • wtorek, 04 listopada 2014
    • A, K, M i efekt pobudzenia

       

      

       

      Ostatnimi czasy pogoda bardzo sprzyja wypadom w i poza miasto. I choć przyznajemy, iż wiosenna temperatura o tej porze roku wprowadza nas w stan lekkiego otumanienia, postanowiłyśmy skorzystać z dobrodziejstw ocieplenia klimatu. Gnane głodem miałyśmy się udać do sprawdzonej knajpy na jedzonko, które nigdy jeszcze nas nie zawiodło. Na nasze szczęście jednak, cel okazał się zamknięty na cztery spusty z powodu remontu. Po porcji lamentów, której ta sytuacja wymagała, nastąpiła zwykła burza mózgów.

      I tak oto, nie opuszczając ścisłego centrum Katowic zaglądnęłyśmy do Bistro Kofeina przy ulicy 3 Maja (róg ze Stawową, z widokiem na Galerię Katowicką).

      I choć kofeiny w, najbardziej znanej, formie kawy nie spożyłyśmy, to to miejsce zdecydowanie pozytywnie i skutecznie nas pobudziło. Takie finały nudnych wtorków lubimy i cenimy ponad miarę.

      Przystępne ceny, przemiła obsługa, przyjemne wnętrze, genialna lokalizacja no i to jedzenie…

      Wszamałyśmy co następuje: Smoothie – zaskakujące, bo na bazie rukoli lub szpinaku, orzeźwiające za sprawą cytryny, limonki lub gruszki i żurawinowo lub miodowo osłodzone (12zł). Danie główne to indyk (wyjątkowo soczysty i aromatyczny), pożywna kasza gryczana (również niespotykanie NIE sucha – jeżeli ktoś z Was ma trudne dziecięce wspomnienia krup stających w gardle, powinien odczarować ten koszmar w KofeinieJ ) oraz pełen soku fenkuł (na specjalne zamówienie M ta mała modyfikacja, gdyż oryginalnie za warzywko miała posłużyć porcja brukselki, lecz ten temat M musiałaby najpierw przepracować na wielu kozetkowych sesjach) (24zł).

      Deser to miła niespodzianka od A, wiec ceny nie znamy, a była to wybornie lekka tarta czekoladowa z kremem mascarpone polana gęstym sosem malinowym/żurawinowym (?).

      Początkowe pobudzenie ustąpiło miejsca zadowoleniu i gastro-spełnieniu. Pamiętając dawną ludową prawdę, że do zakochania jeden krok, śmiem wyczuwać dłuższą historię miłosną ;)

       

      Polecamy!!!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      wielkiglodkato
      Czas publikacji:
      wtorek, 04 listopada 2014 22:18
  • czwartek, 23 października 2014
    • 2xM,K , A i cień kanadyjskiego łosia

       

      Ostatnio nasze myśli nieznośnie krążyć zaczęły wokół dalekich podróży. Pragnienie odkrywania nieznanych lądów zawładnęło naszymi rozmowami i marzeniami. Mamy nieśmiałą nadzieję, że dla każdej z nas życzenia te spełnią się prędzej niż sądzimy. Cokolwiek dla każdej z nas osobna miałoby to oznaczać..

      A tymczasem człowiek karmić musi nie tylko wybujałą wyobraźnię. Jak zapewne pamiętacie, niezależnie od panującej eko-wege-mody czy też pory roku, pozostajemy wiernymi fankami mięsa. Tak – pierwsze skojarzenie na wielkim głodzie? Równie wielki kawał mięcha!

      Ciemny, choć ciepły jesienny wieczór zagnał nas do bytomskiego Jazz Clubu Fantom. Miejsce, które, tak jak i nasz blog, miało swoją krótką przerwę w działalności, jakiś czas temu powróciło do życia i żywych. M, jako niedawno importowana Bytomianka, choć sama miejscem zaintrygowana, uważnie słuchała opinii starych knajpianych wyjadaczy bytomskich, których zdanie o nowej odsłonie Fantomu jest różne. Jedni chwalą, inni (a jest ich więcej) z łezką w oku wspominają starą kultową miejscówkę z niezapomnianą zebrą, a nowości przyjmują ze sporą rezerwą. Ale jak to zawsze bywa, trzeba wstąpić osobiście i ocenić 

      Co do jedzenia..

      Na zdjęciu co jest każdy widzi..(?) A jak nie to podpowiemy: zapiekanka ziemniaczana z kiełbasą, pieczarkami, boczkiem, cebulą i serem. Plusy: cena w stosunku do porcji (17 zł za ogromną ilość). Trochę gorzej z jakością.. Fura ziemniaków przyprawionych granulatem do grillowanych potraw (?), 3 plasterki pieczarek i cebulki, znośna kiełbaska i wielkie kawałki żylastego boczku.

      Taka strawa to chyba tylko dla kanadyjskiego drwala, który cały dzień walczy z drzewnym żywiołem, a na koniec jest tak zmęczony i głody, że byłby w stanie pomylić obiad z łosiem z kopytami. 

       

      Aha, łoś też jest, na ścianie, martwy.

       

      Tej zapiekance mówimy stanowcze NIE. Ale, że nie była to nasza pierwsza wizyta w Fantomie, wiemy, że potrafią dobrze nakarmić i z pewnością to tutaj opiszemy. I do Fantoma wrócimy :)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      wielkiglodkato
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 października 2014 22:19
  • poniedziałek, 06 października 2014
    • M, M i podniebne bistro

       

       

      Bistro, które pewnego wieczoru skusiło nas swoją ofertą festiwalu sushi, może nie znajduje się na dachu najwyższego budynku w Katowicach, jednak daje się we znaki równie podniebnymi doznaniami! Bo nie wielkość (czy też piętro:7) ma znaczenie!

       

      Industrial Cafe mieści się w biurowcu przy ulicy Chorzowskiej 6, na samym jego szczycie. Jak dowiedzieliśmy się od właścicielki, to niesamowite miejsce działa już od roku. I choć nastawione było raczej na ‚żywienie’ pracowników biurowca w dni robocze, na szczęście dla Katowiczan, od jakiegoś czasu zaprasza również w weekendy. 

      Jest to urządzone ze smakiem wnętrze, które wyjątkowo dużo uroku zawdzięcza swojej lokalizacji - ponieważ kochamy Katowice miłością bezwzględną, widok na ich panoramę zawsze zapiera nam dech w piersiach. A właśnie ta atrakcja jest nam w Industrialnej podana na talerzu wraz z posiłkiem.

       

      Wokół knajpki rozciąga się taras, z którego do woli można korzystać. Co za frajda popijając winko, z tej perspektywy, podglądać miasto! (Oraz mieszkańców Superjednostki - która jest bardzo.. bardzo blisko).

      Co do samego sushi: smaczne, świeże i winko gratis :D (75 zeta za około 32 kawałki). Bywaliśmy w lepszych suszarniach, ale Industrialna broni się w każdym innym względzie.

      Genialne miejsce na ‚randewu’, spotkanie biznesowe, niedzielną kawkę z rodzicami albo zwykłe babskie pogaduchy (choć wiadomo, że chłopcy to większe plotkary.. :))

      Wrócimy!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      wielkiglodkato
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 06 października 2014 22:36
  • czwartek, 24 października 2013
    • M, K i złota hipsteriada

       

      Ciekawe jak to czasami trudno zdecydować się na co akurat ma się ochotę. Również i tym razem M i K miały ten problem.  Włócząc się po Kato po kolejnym dniu pełnym korpo-problemów, korzystając już prawdopodobnie z ostatnich ciepłych dni tego roku i szukając odpowiedniego posiłku wstąpiłyśmy do niezliczonych lokali, zlustrowałyśmy ładnych parę pisanych kredą menu oraz natknęłyśmy się na kilka nieznanych nam jeszcze miejsc. Owocna to była wyprawa, jednak kres tej podróży okazał się być bliższy niż się tego na początku spodziewałyśmy.

      Zajrzałyśmy do Złotego Osła – Baru Wegetariańskiego przy ulicy Mariackiej. Stojąc w kolejce podsłuchałyśmy, że w Ośle właśnie „złazi się cała hipsteriada Katowic”. Czy to prawda, trudno stwierdzić, gdy, tak jak M i K, szuka się smaku, a nie towarzyskich schadzek ;)

      Osioł przywitał nas jak zwykle dużą ilością gości (to lubimy!), ciekawą mieszanką zapachową oraz wybitnie pstrokatym wnętrzem. Na talerzach wylądowała zapiekanka bułgarska: pikantny ryż, bakłażan, pomidor, a wszystko to pod pierzynką zapieczonego serka.  Danie było smaczne i sycące, ale nie ciężkie. Do tego obowiązkowo zestaw surówek, który można sobie dowolnie skomponować (według ilości i dostępnej różnorodności), a który otrzymujemy w cenie posiłku (12 zł).

      M i K były prawie ukontentowane.. Prawie, bo po skończonym pałaszowaniu przyznały się sobie bez bicia, że wsuwając zapiekankę, kęs za kęsem, czekały, że może, a nuż.. trafi się jakiś zbłąkany kawałek kurki lub innego mięska.

      Tak, chyba powinnyśmy być szczere: wegetariankami nie zostaniemy, ale Złotego Osła polecamy, nie tylko by odczuć na własnej skórze rzekomą hipsteriadę, ale przede wszystkim, żeby smacznie zjeść :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      wielkiglodkato
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 października 2013 22:42
  • środa, 16 października 2013
    • M, K i nie tak odległy Meksyk

       

      Marzą Wam się podróże, poznawanie nowych miejsc,  ludzi i smaków? M i K też uwielbiają się przemieszczać i choć na chwilę stawać się częścią innych nieznanych światów. Okazuje się, że nie trzeba wybywać daleko, żeby takich nowości doświadczyć. Przyznajemy, nieczęsto zamieszczamy kulinarne wpisy z okolic Katowic. Wytłumaczenie jest dość oczywiste: Kato to tak bogato usiane lokalami gastronomicznymi miasto, że możliwości kolejnych postów wydają się nieograniczone! Dochodzi do tego również dobra jakość serwowanego jedzenia, co sprawia, że powracamy w te same miejsca i próbujemy, testujemy, smakujemy… .

      Ale do sedna! Wylądowałyśmy w Tarnowskich Górach w knajpce Taco Mexicano. Podobno to jedyna tego typu miejscówka w tym mieście, więc jak zapytacie o drogę niechybnie ktoś wskaże Wam kierunek (nieopodal uroczego ryneczku, który też polecamy odwiedzić). Sam lokal przyjemny i swojski, choć (w tamtym momencie) przeludniony (co chyba jednak świadczy na jego korzyśćJ ).

      Zamówiłyśmy tacos. Cóż możemy powiedzieć o tym daniu: składniki raczej świeże, porcja duża, cena niewielka (około 20 zł). I to chyba wszystko bo o ile poszczególne składniki bardzo nam pasowały to całość niestety nie przypadła nam do gustu. Dobrze doprawione mięsko, ale w postaci dość płynnej, przysypano surówką z białej kapusty w majonezie, a wszystko zatopiono w sosie czosnkowym. W efekcie czuć było głównie czoch i rozmokłą tortillę… . Może się nie znamy, bo w Meksyku jeszcze nas nie widzieli, ale chyba nie tylko nas :P

      No więc na wielki głód i spowodowane nim lekkie znieczulenie smakowe mówimy temu daniu TAK. W każdej innej sytuacji nasze zdanie wyraziłyśmy powyżej.

      Pozdrawiamy, cześć, do zobaczenia, pa :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      wielkiglodkato
      Czas publikacji:
      środa, 16 października 2013 08:42
  • niedziela, 06 października 2013
    • K, M i ni to lody ni to nugat...

      Niedawno otwarty Klub Klawiatura przy ulicy Korfantego kusi nas przeróżnymi przekąskami. Niektóre zostały już przez nas przetestowane i docenione. A że tym razem nie byłyśmy głodne i naszła nas ochota na "małe co nieco", postanowiłyśmy wypróbować desery!

      "Lodowy nugat" - przyznajemy,  że nazwa była intrygująca. Nasza wyobraźnia zaczęła pracować: czego możemy się spodziewać? Czy to lody czy to nugat? Dodajmy do tego sos malinowy i miętę i całość wypada bardzo kusząco.

      Pochłonięte myślami wyczekiwałyśmy tajemniczego deseru. Przybył na szczęście bardzo szybko:) Prezentacja jak widać nie powalała: kałuża sosu, trzy kupki drobno pokrojonej mięty i dwie gałki lodów (zdjęcie nie oddaje proporcji ale talerz był ogromny czego niestety nie można powiedzieć o ilości deseru..)

      Oczekiwania miałyśmy spore, bo też cena do najniższych nie należała: 15 zł. Niestety deser możemy podsumować w jeden sposób: najdroższe dwie gałki lodów bakaliowych w naszym życiu:) Sam "lodowy nugat" nie zachwyca. Owszem, z sosem i miętą tworzy smaczne połączenie ale po opisie dania i jego cenie spodziewałyśmy się czegoś więcej.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      wielkiglodkato
      Czas publikacji:
      niedziela, 06 października 2013 17:24
  • środa, 02 października 2013
    • M, K i parę słów o tym czymś, co nie zawsze wiadomo co to…

       

      Chłodniejsze wieczory i poranki, które ostatnio towarzyszą nam już codziennie, skłaniają do głębszej kontemplacji (tak obszernego przecież) tematu, jakim jest: jedzenie! Co tu dużo mówić: obniżona temperatura powietrza wyjątkowo sprzyja wchłanianiu pożywienia :D

      M i K miały ochotę na COŚ.. Pewnie dobrze wiecie jak czasem trudno określić, czego właściwie dotyczy to COŚ. Słodkie czy słone? Domowe czy fastfood? Włoskie, indyjskie czy azjatyckie? Właśnie w takiej przysłowiowej kropce znajdowały się pewnego popołudnia M i K.

      Nasz wybór lokalu przypieczętowała informacja wyświetlona na fejsie: kurczak teriyaki serwowany w Imbirze i Ryżu. Realistyczne zdjęcia potrawy, która prezentowała się smakowicie, zagnały nas na Plebiscytową. Było wyśmienicie! Sos teriyaki okazał się idealny w smaku: Ostrawo imbirowy, słono sojowy i słodko miodowy: to jest to! Całość dopełniała chrupka powłoczka  karmelizowanego cukru okalająca mięciutkie kawałki kurczaka.

      Podano na sałacie w asyście ryżu. Koszt: 25 zł. WARTO!

      P.S. Będziemy wracać!

      P.S.2: Imbir i Ryż dobrze wie jak dbać o swoich gości: zawsze można spodziewać się ciekawej przystawki. Tym razem był to cieniutki, ciasno zwinięty naleśnik o interesującym słodkawym smaku.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      wielkiglodkato
      Czas publikacji:
      środa, 02 października 2013 11:23
  • wtorek, 24 września 2013
    • M, K i całkiem nowe zagłębie rozrywkowe?

       

      M i K już dawno zauważyły, że życie gastro rozrywkowe niekoniecznie kręcić się musi wokół osławionej ulicy Mariackiej. W związku z tym staramy się szwędać po Katowicach ile sił w nogach i funduszy w portfelu, by potem czym prędzej zdać Wam relacje z naszych eskapad.

      Tym razem wyruszyłyśmy w kierunku, który normalnie nie kojarzył nam się z jedzeniem. I w tej kwestii zdrowo się myliłyśmy! Jak dobrze, że katowickie ścieżki doprowadziły nas właśnie tam! Mowa o Koszutce i okolicach Centrum Sztuki Filmowej, czyli wszystkim znanego kina Kosmos.

      Odwiedziłyśmy Naleśnikarnię Pod Belkami przy ulicy Morcinka. W menu lokalu nie tylko naleśniki, ale też placki, pierogi i desery. Na pierwszy rut oka ceny całkiem przystępne, wnętrze przytulne a obsługa uśmiechnięta.

      Na początek dostałyśmy herbatę (w pięknej oldschoolowej zastawie), następnie na stole zagościł naleśnik po meksykańsku. Duuużo mięsa, duuuużo sosu pomidorowego i trochę mniej innych dodatków. Całość smakowita choć może dla mniejszych głodomorów zbyt zatopiona w dość wodnistym sosiku. Cena  16 zł.

      Polecamy, choć to nie naleśnik skradł nasze serca i zachwycił podniebienia, tylko deser, który potem domówiłyśmy. Ale o tym opowiemy następnym razem.

      Tymczasem mała prośba: zwiedzajcie Kato, a jeszcze niejedno Was zaskoczy! :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      wielkiglodkato
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 września 2013 22:11
  • poniedziałek, 16 września 2013
    • K, M i pizza na okrągło

       

      Jeśli chodzi o pizzę, poprzeczka ustawiona jest wysoko:) Odkąd można w Katowicach skosztować pizzy we włoskim klimacie w Len Arte, dość sceptycznie podchodzimy do tego dania w innych restauracjach.

      Tym razem jednak wylądowałyśmy poza centrum, a mianowicie na osiedlu Tysiąclecia. Skusiła nas knajpka o włosko brzmiącej nazwie - Portofino (ul. Piastów 6)

      Połączenie pt. szynka, suszone pomidory i rukola brzmiało smakowicie więc wybór padł na pizzę o nazwie Parma. Stosunek ilości do ceny możemy ocenić jako uczciwy - 35 zł za naprawdę sporą pizzę (dwie osoby mogą się spokojnie najeść do syta). Ciasto nie należało do super cienkich i kruchych a suszonych pomidorków trzeba się było naszukać...:) Mimo tego całość oceniamy pozytywnie.

      Poszukiwania idealnej pizzy trwają! Z poświęceniem będziemy pochłaniać kolejne porcje i informować Was o wynikach!;) A Wy macie swoje typy? Jakie lokale polecacie?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      wielkiglodkato
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 16 września 2013 21:28

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Napisz do nas e-mail